środa, 9 lipca 2014

Od Azteka

W 2006 roku przyszedłem na świat. Byłem rodowodowym owczarkiem Niemieckim przeznaczonym do pracy w policji. Tam też trafiłem w wieku 2 miesięcy. Szkolenie, chodź trudne, przeszedłem bez błędnie. A i potem byłem świetnym psem policyjnym. Gdy jakiś pies zachowywał się źle, wszyscy mówili:
"Czemu nie zachowujesz sie tak, jak Aztek?"
Tak, ludzie stawiali mnie innym psom za wzór, mówili że jestem idealny... Również suki z komisariatu tak uważały. Miałem wiele adoratorek i dziewczyn, ale na prawdę kochałem tylko Maję - śliczna wilczurkę maści białej. Gdy w końcu udało mi sie ja zdobyć, byłem najszczęśliwszym psem na ziemi. Tak myślałem, ale po kilku miesiącach, dowiedziałem sie że może istnieć większe szczęście: miałem nie tylko ukochaną sukę ale i córeczkę; piękną sunię nazwana od ukochanego kwiatu Maji - Hiacynta. Moja córeczka szybko dorastała, a w wieku 2 miesięcy, tak jak ja trafiła na szkolenie policyjne. Aż w marcu, 2011 roku odbyła sie obława na handlarzy narkotykami. Ja i Maja, jako najlepsze psy policyjne jednostki, mieliśmy w niej uczestniczyć. Gdy padło hasło; "Spuścić psy!", pobiegliśmy w 2 różne strony i posłaliśmy sobie ostatnie spojrzenie kochanków. Po chwili usłyszałem przywołanie pana. Pobiegłem razem z nim na 2 piętro. Nakazał mi szukać narkotyków, a sam pobiegł szukać handlarzy. Tropiłem właśnie Amfetaminę, gdy usłyszałem strzał. Wyjrzałem przez okno. Ujrzałem coś strasznego; na betonie leżało martwe ciało białego psa, a w oddali ujrzałem ubranego w czarna kurtkę mężczyznę... Nie zważając na polecenia pana, wyskoczyłem przez okno. Upadłem na beton bardzo niefortunnie, moja łapa, bardzo bolała, cała spuchła . Nie zważając na to, podbiegłem do ciała, i ku mojej wielkiej rozpaczy, martwym psem była... Maja! Położyłem łeb na jej martwym ciele i płakałem. Łkałem rzewnymi łzami, piszczałem i skomlałem. Po chwili podszedł do mnie młody posterunkowy Marczak. Złapał mnie delikatnie za obroże, i szepnął;
- Chodź, piesku... - nie miałem siły ani chęci z nim walczyć. Powoli, powłócząc nogami, poszedłem za człowiekiem. Potem, cóż mało pamiętam, chyba straciłem przytomność... Obudziłem się w lesie, daleko od miasta. Wstałem, i kulejąc poszedłem znaleźć cos do jedzenia. Kilka dni, błąkałem sie po lesie, aż któregoś dnia, zobaczyłem młodą, biała sukę. Zbliżyłem sie do niej i odkryłem, że to... Hiacynta! Moja córeczka Hiacynta. Powiedziałem prze łzy:
- Słoneczko, skąd sie tu wzięłaś...?
- Dowiedziałam się, że cię wyrzucili, uciekłam z policji i cię szukałam...
Potem nie mówiliśmy już nic. Wędrowaliśmy jakieś trzy lata, gdy pewnego dnia, zobaczyłem jakiegoś wilczura. Po chwili i on, nas zauważył, podszedł do nas i powiedział;
( Rubin?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz