W 2006 roku przyszedłem na świat. Byłem rodowodowym owczarkiem
Niemieckim przeznaczonym do pracy w policji. Tam też trafiłem w wieku 2
miesięcy. Szkolenie, chodź trudne, przeszedłem bez błędnie. A i potem
byłem świetnym psem policyjnym. Gdy jakiś pies zachowywał się źle,
wszyscy mówili:
"Czemu nie zachowujesz sie tak, jak Aztek?"
Tak, ludzie stawiali mnie innym psom za wzór, mówili że jestem
idealny... Również suki z komisariatu tak uważały. Miałem wiele
adoratorek i dziewczyn, ale na prawdę kochałem tylko Maję - śliczna
wilczurkę maści białej. Gdy w końcu udało mi sie ja zdobyć, byłem
najszczęśliwszym psem na ziemi. Tak myślałem, ale po kilku miesiącach,
dowiedziałem sie że może istnieć większe szczęście: miałem nie tylko
ukochaną sukę ale i córeczkę; piękną sunię nazwana od ukochanego kwiatu
Maji - Hiacynta. Moja córeczka szybko dorastała, a w wieku 2 miesięcy,
tak jak ja trafiła na szkolenie policyjne. Aż w marcu, 2011 roku odbyła
sie obława na handlarzy narkotykami. Ja i Maja, jako najlepsze psy
policyjne jednostki, mieliśmy w niej uczestniczyć. Gdy padło hasło;
"Spuścić psy!", pobiegliśmy w 2 różne strony i posłaliśmy sobie ostatnie
spojrzenie kochanków. Po chwili usłyszałem przywołanie pana. Pobiegłem
razem z nim na 2 piętro. Nakazał mi szukać narkotyków, a sam pobiegł
szukać handlarzy. Tropiłem właśnie Amfetaminę, gdy usłyszałem strzał.
Wyjrzałem przez okno. Ujrzałem coś strasznego; na betonie leżało martwe
ciało białego psa, a w oddali ujrzałem ubranego w czarna kurtkę
mężczyznę... Nie zważając na polecenia pana, wyskoczyłem przez okno.
Upadłem na beton bardzo niefortunnie, moja łapa, bardzo bolała, cała
spuchła . Nie zważając na to, podbiegłem do ciała, i ku mojej wielkiej
rozpaczy, martwym psem była... Maja! Położyłem łeb na jej martwym ciele i
płakałem. Łkałem rzewnymi łzami, piszczałem i skomlałem. Po chwili
podszedł do mnie młody posterunkowy Marczak. Złapał mnie delikatnie za
obroże, i szepnął;
- Chodź, piesku... - nie miałem siły ani chęci z nim walczyć. Powoli,
powłócząc nogami, poszedłem za człowiekiem. Potem, cóż mało pamiętam,
chyba straciłem przytomność... Obudziłem się w lesie, daleko od miasta.
Wstałem, i kulejąc poszedłem znaleźć cos do jedzenia. Kilka dni,
błąkałem sie po lesie, aż któregoś dnia, zobaczyłem młodą, biała sukę.
Zbliżyłem sie do niej i odkryłem, że to... Hiacynta! Moja córeczka
Hiacynta. Powiedziałem prze łzy:
- Słoneczko, skąd sie tu wzięłaś...?
- Dowiedziałam się, że cię wyrzucili, uciekłam z policji i cię szukałam...
Potem nie mówiliśmy już nic. Wędrowaliśmy jakieś trzy lata, gdy pewnego
dnia, zobaczyłem jakiegoś wilczura. Po chwili i on, nas zauważył,
podszedł do nas i powiedział;
( Rubin?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz